Wciąż w czołówce. [„Rambo II”, 1985]

     „Rambo II” nie jest może filmem równie mrocznym i fascynująco depresyjnym, jak jego poprzednik, ale wciąż zapisał się w annałach kinematografii. Wzorce gatunkowe przewrócili twórcy do góry nogami. Sequel niewiele ma wspólnego z sensacją o psychologicznym zabarwieniu – to kino akcji w najbardziej rutynowym znaczeniu, dziś wyraźnie podręcznikowe. Zapomnijcie o ważkich przesłaniach i moralnych perturbacjach – jest „Rambo II” filmem stricte rozrywkowym, które najlepiej spożywa się z dużym kubłem popcornu.

     Grany przez Sylvestra Stallone’a John Rambo nosi w sobie ból trawiący serca całej Ameryki – przynajmniej według scenarzystów. Po wydarzeniach z „Pierwszej krwi” były komandos trafił za kratki, do więzienia o zaostrzonym rygorze. Z kamieniołomów wyciąga go pułkownik Trautman (Richard Crenna), ale jednocześnie stawia mu ultimatum: wolność będzie nagrodą za spełnioną misję. Doskonale wytrenowany weteran ma odbić jeńców z tropikalnego obozu. Przybywa w sam środek piekła.

R2-2

     Rambo nie jest byle wojakiem, a stoickim beefcakiem z upodobaniem do masochizmu. Świetnie włada bronią wszelaką, ale jeszcze lepiej wyćwiczył w sobie umiejętność chrystusowego cierpienia. Jego piękne ciało ma pięknie tańczyć w boleściach – tak, jak mu oprawcy zagrają. Widzimy Johna podwieszonego za nadgarstki i miotanego w powietrzu – dookoła obserwują poniżanego żołnierza Wietnamczycy, dla których przesłuchanie to okazja do „zabawy”. Rosyjski kooperant (Steven Berkoff) egzaminuje zabliźnione szramy na plecach Rambo i zastanawia się, jak zgotować mu większą gehennę; dla jego pomagiera Amerykanin to kawałek mięsa. Rambo nie wycedza przez zęby żadnych odpowiedzi, krzyczy tylko raz, przez parę sekund, jakby torturowany być chciał. Rola Stallone’a jest udana, choć raczej ze strony motorycznej, kondycyjnej – nie jeśli chodzi o przekaz emocji. To występ fizyczny, wymagający siły i gracji, dlatego warto przyklasnąć sile mięśni Stallone’a, bo na pewno nie sile jego aktorskiej ekspresji. Wiadomo: John Rambo jest chodzącą karykaturą, a ludzi podobnych do niego po prostu nie ma. Superkomandos został jednak bohaterem modelowym, dla ejtisowego kina akcji wręcz reprezentatywnym. Może to brzmieć malkontencko i krótkowzrocznie, ale dziś takich bad assów już w filmach nie oglądamy.

     John uśmierca swoich przeciwników przy pomocy całego rezerwuaru niebezpiecznych zabawek: w jego dłonie wpada nawet bazooka. Finalnie wybija ponad sześćdziesięciu antagonistów. To zemsta ręki śmiertelnej! Na pewno jest „Rambo II” filmem subtelnym inaczej: mniej antywojennym niż „jedynka”, wyolbrzymionym do granic i zwyczajnie odrealnionym. Jest logiczny prawie tak bardzo, jak kreskówki z udziałem Królika Bugsa, ale przy odpowiednich chęciach tę abstrakcję też można uznać za zaletę. Chyba nikt nie oczekiwał, że Stallone i James Cameron napiszą scenariusz propokojowego, filmowego monumentu. „Rambo II” nie miał być świadectwem politycznych zawirowań, to dzieło bezmyślne, zalecane na reset mózgu. Gdyby nie kończył go rzewny monolog o połamanym przez życie żołnierzu, było jeszcze lepiej niż pozwolił na to reżyser George Cosmatos.

     Film jest prosty i grubo ciosany, ale w swym gatunku wręcz sztandarowy. To ociekający testosteronem festiwal męskości, trochę łechtającej ego głównego aktora, toksycznej – John był wzorowym patriotą według Ronalda Reagana – ale przecież na takich klasykach wychował się niejeden dzisiejszy 30-parolatek. Próby wskrzeszenia tego specyficznego stylu raczej nie wypalają, choć raz na jakiś czas na horyzoncie wciąż pokazują się nostalgiczne powroty do przeszłości („When Eagles Strike” z kulturystą Christianem Boevingiem jako milczącym żołnierzem Marines; „Second Blood” z kulturystą Abdulhadim Al-Khayatem jako szpiegiem pochodzenia arabskiego). Film wygląda świetnie i wciąż jest widowiskowy, a zawarte w nim sceny brutalności wydają się wręcz zainspirowane biblijną martyrologią. Nie każdy archaiczny akcyjniak może pochwalić się takimi walorami.

7/10

R2-1