Zabili go i uciekł. [„Komandosi śmierci”, 1993]

     24 czerwca z powodu udaru mózgu zmarł Billy Drago – aktor charakterystyczny i niedoceniony, a przy tym szalenie płodny. Grywał w kilku filmach rocznie, IMDb nawet teraz podaje, że swoją premierę odnotuje jeszcze pięć tytułów z jego udziałem. Postanowiłem przyjrzeć się jednemu z zapomnianych akcyjniaków, na planie którego spotkały się trzy ikony kina klasy „C”: poza Drago mowa tu jeszcze o Michaelu Paré oraz Janie-Michaelu Vincencie. „Komandosi śmierci” wyreżyserowani zostali przez Menahema Golana, który w 1978 roku otrzymał nominację do Oscara, w latach osiemdziesiątych kręcił przeboje dla wytwórni Cannon Group, a w dekadzie kolejnej jego kariera zaczęła wyraźnie tracić rozpęd. Film opiera się na scenariuszu obfitującym w wydarzenia typu „zabili go i uciekł”; obejrzeć warto go chyba głównie dla rechotania, bo ze szlachetnym kinem akcji niewiele ma wspólnego.

     Brad Cartowski (Paré), były członek Navy SEALs, próbuje odbić małżonkę z rąk obłąkanego drug lorda (Drago). Ma za sobą misje w Iranie czy Gwatemali, lecz w starciu z armią Jose Marii Carlosa wypada dość blado: szybko zostaje pojmany i poddany przesłuchaniu. Z odsieczą powinien przybyć Bradowi jego kumpel z wojska, Cody Grant, ale to żołnierz w stanie permanentnego spoczynku: bierny, strudzony, niechętny do działania. Odgrywający Cody’ego Vincent przedziera się przez plan zdjęciowy wypruty z jakiejkolwiek energii, a jego ponaciągana twarz wiecznie chowa się za ciemnymi okularami. Grant to zbędny bohater, a jego finałowe batalie sprawiają, że film staje się niezamierzoną komedią. Sceny akcji w ogóle są w „Komandosach śmierci” mało wiarygodne i niewystarczająco dynamiczne, a kamera przygląda się kolejnym zdarzeniom bez większego zainteresowania. Operatorowi zabrakło nie tylko polotu, ale też motywacji do pracy. Więcej uwagi niż mordobiciom, strzelaninom czy ucieczkom poświęcono… montażowi scen podwodnych (patrz: przydługie ujęcia z udziałem okrętu głębinowego).

DeadlyHeroes2

     Trudno przegapić potężne dziury narracyjne. Brad zostaje postrzelony i w brzuch, i w tors, ale po paru dniach jest zdrów jak ryba. W scenie tortur, gdzie zostaje rozebrany niemal do naga, jego korpusu nie zdobią żadne blizny. Golan wyreżyserował „Komandosów…” w tradycji kina exploitation. Ukochana bohatera dla wszystkich postaci męskich pozostaje jedynie przedmiotem i co chwilę świeci biustem – to jej największy atut. Sam Brad też traktowany jest jak kawał mięsa: ekipa Carlosa torturuje go, choć wcale nie musi, bo tożsamość szpiega zostaje odkryta. Mimo to jeden ze zbirów testuje wytrzymałość komandosa prądem elektrycznym: rażąc go między innymi po sutkach. Scena ma nieumyślnie erotyczny charakter. Paré, którego lubię, i który dobrze wypadł m. in. w „Księżycu 44” czy „Hydrosferze”, tutaj wspina się na wyżyny drewniactwa. Sprzyja mu kapitalna forma fizyczna – czego nie zagra, to próbuje „dowyglądać” – ale braku charyzmy nie załata ani rozwinięta muskulatura, ani nawet basowy, szorstki głos. Kreację na pograniczu amatorstwa tworzy Claudette Mink – czyli pani Cartowski.

     Nie powinno nikogo zaskoczyć, że najwięcej do zagrania ma Billy Drago. Jego postać może i razi groteskowym zarysem, ale sam aktor pomaga efektownie wybrzmieć kiepskiemu materiałowi. Carlos jest psychotycznym i nieobliczalnym gwałcicielem, wyraźnie lubującym się w cudzym bólu, a urok oślizgłej jaszczurki – z którego znany jest Drago – dobrze współgra z wizerunkiem jego postaci. Sam film też bywa plugawy, a jego seksizm z biegiem lat wydaje się coraz bardziej niestosowny. Po przyjeździe do afrykańskiego kraju Brad mija kobietę w tradycyjnym, czarnolądowym stroju i natychmiast pyta swego towarzysza: „hej, Cody – myślisz, że kobiety noszą bieliznę pod tymi prześcieradłami?” Czy warto jednak spodziewać się jakichkolwiek pokładów dojrzałości po filmie, w którym terroryści strzelają z plastikowych, pomarańczowych karabinów, a ich mentorem jest szalony naukowiec w białym kitlu?

     „Komandosi śmierci” kończą się tandetną sceną pojednania Brada i jego Marcy: ich miłości przyklaskują żołnierze bez imion oraz żadnego znaczenia dla fabuły, całości wtóruje rzewna, soft-rockowa ballada. Wszyscy poruszają się w rytm efektu slow motion. Golan chciał wypuścić „Komandosów…” do kin, ale musiał zadowolić się wydaniem straight-to-video – była to bardzo rozsądna decyzja. Większość materiału nakręcono w Izraelu, a budżet był na tyle niski, że reżyser postanowił wmontować w film scenę samochodowego pościgu ze swego „Miasta śmierci” – powstałego dwa lata wcześniej. To ten moment, w którym Paré wsiada to taksówki stereotypowego pana z zabawnym akcentem.

3/10

DeadlyHeroes1