Niepotrzebni

          Film promowany, wychwalany, a przede wszystkim oczekiwany przez masy na długo przed premierą powinien – nawet jeśli nie świecić znakomitością – przynajmniej być wartym swojego rozgłosu. Coraz częściej, niestety, potencjalne blockbustery rozczarowują, a nawet sromotnie zawodzą. „Niezniszczalni 2” to właśnie obraz z tej szerokiej grupy, katastrofalny niewypał, którego traumatyczny seans odcisnął na moim, i z pewnością nie tylko moim, filmowym instynkcie trwałe piętno.

     Ta sama grupa prawie emerytowanych najemników, która w pierwszych „Niezniszczalnych” obaliła rządy latynoskiego satrapy, a przy okazji doprowadziła do absolutnej destrukcji jego państewka, powraca. Ścigają Jean-Claude Van Damme’a, który postarzał się bardziej niż wszyscy pozostali członkowie obsady razem wzięci, i nie potrafi już porządnie przywalić z pół obrotu. Co z tego wyniknie?

ex

     „Niezniszczalni 2” nie są jednym z lubianych przez widzów, zabawnie niemądrych filmów. Za dużo w tej głupocie głupoty, rozmów o niczym w najmniej odpowiednich sytuacjach, absurdu. Śmiesznie też nie jest, mimo zapewnień producentów i daremnych przymiarek aktorów do efektywnego żartu. Chuck Norris spędzający na ekranie pięć minut, połowę z tego opowiadając jeden ze słabszych kawałów o sobie samym, nie jest śmieszny. 65-letni Schwarzenegger z gracją wyrywający drzwiczki samochodu nie jest śmieszny. Nawiązania do tysiąckroć lepszych tytułów z udziałem gasnących gwiazd nie są śmieszne, to profanacja. Ponuro prezentuje się projekt Simona Westa, a już na pewno godna opłakania jest medialna prostytucja, jakiej dopuszczają się przyciśnięci głodem, łasi na dawną sławę staruszkowie.

     Pech chce, że sequel „The Expendables” to nawet nie kino dla idiotów. To prawdopodobnie film dla nikogo, gdyż nic nie jest tu takie, jak być powinno. Ordynarny i wtórny, porównywalny do setek podobnych akcyjniaków, nowy obraz reklamowany nazwiskiem Sylvestra Stallone’a jest napisany na kolanie. Dialogi nie wnoszą nic w fabułę, są pozbawione sensu. Tytułowi „niezniszczalni” (choć zgodnie z oryginalnym tytułem nomen omen „zbyteczni”) w zdecydowanej większości koszmarnie odtwarzają miernie zakreślone postaci; postaci, z których prawie żadna nie posiada historii, a niektóre (jak bohater Randy’ego Couture’a) nie mają nawet rysu cech. Za mało tu ratującego prequel sprzed dwóch lat Stathama, za dużo Stallone’a. Złe efekty i – oczywiście! – stereotypy na temat Europy Wschodniej wieńczą listę lichot, które wypełniają film. Notabene, czy ktoś wiedział o istnieniu pidżynowego języka bułgarsko-ukraińskiego?

     Co z tego, że „Niezniszczalni 2” to sto minut dynamicznej akcji? Co z tego, że jeden jedyny Lundgren sprawdza się w roli samego siebie – pechowego i bystrego mięśniaka, niedocenianego przez innych? Nie zmienia to faktu, że odtwórca głównej roli i autor scenariusza Sylvester Stallone nie dojrzał ani trochę przez trzydzieści lat babrania się w filmach spod znaku karabinu i łomotu. „The Expendables 2” to kino dla odmóżdżonych dwunastolatków, z opowieścią mniej wydumaną niż w najsłabszych grach komputerowych. Pozostaje liczyć, że obietnica Barneya Rossa się spełni, a w „Niezniszczalnych 3” wymęczone „rupiecie” z dwóch prequeli spoczną w muzeum.

Ocena: 3/10

     Recenzja znajduje się także na stronie filmweb.pl, pod niniejszym odnośnikiem. Zapraszam do śledzenia swojego profilu w tym serwisie.

ex2

Niezniszczalny

     Niedoścignionym ideałem męskiego kina akcji na zawsze pozostanie „Commando” w reżyserii Marka L. Lestera. Różnej nacji spin-offy – jak „Dzień D” czy „A One Man Army” – podkreślają nieśmiertelność obrazu, a zastęp aktorów-kulturystów (Christian Boeving, Ralf Möller) przypomina o prominentnej pozycji odtwórcy tytułowej roli, Arnolda Schwarzeneggera, w kulturze masowej ostatnich trzech dekad. Bezdyskusyjnie, „Commando” stanowi dla kinematografii twór wiekopomny.

     Pułkownikowi Matriksowi nie dane jest cieszyć się zasłużonym odpoczynkiem od służby militarnej. Gdy samotnemu ojcu odebrana zostaje ukochana córka, bitewny uniform żołnierza powraca do uprzedniego użytku. John Matrix – były dowodzący jednostkami Delta Force – nie oczekuje pomocy ze strony kolegów-żołdaków. Uzbrojony po czubek perfekcyjnie kwadratowej fryzury, John rusza na ratunek porwanej. Zamachowcy, pod nadzorem dawnego żołnierza Matriksa – Bennetta, staną do walki z jednoosobową armią.

commando1

     „Commando” nazywany bywa „grzeszną przyjemnością” lub filmem „tak złym, że aż dobrym”. Niesłusznie. To obraz recytujący standardy kina lat osiemdziesiątych jednym tchem, od pierwszej do finalnej minuty. Przyglądanie (i przysłuchiwanie) się pięknej tandecie roku 1985 stanowi prawdziwą frajdę. Realia minionej już dawno ery wyrażają wielkie fryzury i syntezatorowa, praelektroniczna muzyka. Świat lat 80. oddany zostaje jeszcze w innej sferze: najpopularniejszy bodaj film Schwarzeneggera to również projekt nieprzyzwoicie udany. Reżyseria Lestera jest szczera, gra aktorów konsekwentna, a całość dynamiczna i wciągająca. „Commando” nie pozwala nudzić się ani przez chwilę. W filmie nie zabrakło także odpowiedniej dozy humoru, przejawianego głównie poprzez charyzmatyczne, słynne dziś one-linery.

     Na osobną recenzję zasługuje homoerotyczna membrana, okalająca film. Fenomen subtelnych aluzji, sugerujących homo- lub biseksualizm głównego bohatera, przewija się przez wiele pozycji z filmografii Arnolda Schwarzeneggera. Wystarczy przywołać koncentrujący się wokół obnażonych pośladków pojedynek w saunie z „Czerwonej gorączki” czy „Predatora” – alegorię walki z własną seksualnością. W „Commando” nie ma miejsca na metafory, a niuanse odchodzą na bok. Przeciwnik Matriksa to Freddie Mercury na sterydach. Na korzyść gejowskiej teorii wpływa każdy aspekt filmu: fabuła, historia relacji łączących Johna i Bennetta, bezpłciowość partnerującej komandosowi w misji Rae Dawn Chong, ubóstwiająca ciało Arniego kamera, wreszcie monologi. „Nie odmawiaj sobie rozkoszy, zabawmy się”, odnosi się do oponenta Matrix. Wtem następuje konfrontacja między bohaterami – pełna chuci i przepojona erotyką. Za jej sprawą „Commando” urasta do rangi najbardziej prowokacyjnego filmu akcji wszech czasów.

     Wśród wielu atutów filmu homoerotyzm może być jednym z najważniejszych. Postać domniemanie homoseksualnego komandosa skłoni co bardziej liberalnych widzów do refleksji nad polityką militarną i zasadą „don’t ask, don’t tell”. Zachowawczy miłośnicy Schwarzeneggera, nawet jeśli zbojkotują ostatnie akapity tej recenzji, również mają za co kochać „Commando”. To film, który po dziś dzień admirować można jako sztandarowe, ponadczasowe kino akcji.

Ocena: 7/10

     Recenzja znajduje się także na stronie filmweb.pl, pod niniejszym odnośnikiem. Zapraszam do śledzenia swojego profilu w tym serwisie.

commando2