Zabili go i uciekł. [„Komandosi śmierci”, 1993]

     24 czerwca z powodu udaru mózgu zmarł Billy Drago – aktor charakterystyczny i niedoceniony, a przy tym szalenie płodny. Grywał w kilku filmach rocznie, IMDb nawet teraz podaje, że swoją premierę odnotuje jeszcze pięć tytułów z jego udziałem. Postanowiłem przyjrzeć się jednemu z zapomnianych akcyjniaków, na planie którego spotkały się trzy ikony kina klasy „C”: poza Drago mowa tu jeszcze o Michaelu Paré oraz Janie-Michaelu Vincencie. „Komandosi śmierci” wyreżyserowani zostali przez Menahema Golana, który w 1978 roku otrzymał nominację do Oscara, w latach osiemdziesiątych kręcił przeboje dla wytwórni Cannon Group, a w dekadzie kolejnej jego kariera zaczęła wyraźnie tracić rozpęd. Film opiera się na scenariuszu obfitującym w wydarzenia typu „zabili go i uciekł”; obejrzeć warto go chyba głównie dla rechotania, bo ze szlachetnym kinem akcji niewiele ma wspólnego.

     Brad Cartowski (Paré), były członek Navy SEALs, próbuje odbić małżonkę z rąk obłąkanego drug lorda (Drago). Ma za sobą misje w Iranie czy Gwatemali, lecz w starciu z armią Jose Marii Carlosa wypada dość blado: szybko zostaje pojmany i poddany przesłuchaniu. Z odsieczą powinien przybyć Bradowi jego kumpel z wojska, Cody Grant, ale to żołnierz w stanie permanentnego spoczynku: bierny, strudzony, niechętny do działania. Odgrywający Cody’ego Vincent przedziera się przez plan zdjęciowy wypruty z jakiejkolwiek energii, a jego ponaciągana twarz wiecznie chowa się za ciemnymi okularami. Grant to zbędny bohater, a jego finałowe batalie sprawiają, że film staje się niezamierzoną komedią. Sceny akcji w ogóle są w „Komandosach śmierci” mało wiarygodne i niewystarczająco dynamiczne, a kamera przygląda się kolejnym zdarzeniom bez większego zainteresowania. Operatorowi zabrakło nie tylko polotu, ale też motywacji do pracy. Więcej uwagi niż mordobiciom, strzelaninom czy ucieczkom poświęcono… montażowi scen podwodnych (patrz: przydługie ujęcia z udziałem okrętu głębinowego).

DeadlyHeroes2

     Trudno przegapić potężne dziury narracyjne. Brad zostaje postrzelony i w brzuch, i w tors, ale po paru dniach jest zdrów jak ryba. W scenie tortur, gdzie zostaje rozebrany niemal do naga, jego korpusu nie zdobią żadne blizny. Golan wyreżyserował „Komandosów…” w tradycji kina exploitation. Ukochana bohatera dla wszystkich postaci męskich pozostaje jedynie przedmiotem i co chwilę świeci biustem – to jej największy atut. Sam Brad też traktowany jest jak kawał mięsa: ekipa Carlosa torturuje go, choć wcale nie musi, bo tożsamość szpiega zostaje odkryta. Mimo to jeden ze zbirów testuje wytrzymałość komandosa prądem elektrycznym: rażąc go między innymi po sutkach. Scena ma nieumyślnie erotyczny charakter. Paré, którego lubię, i który dobrze wypadł m. in. w „Księżycu 44” czy „Hydrosferze”, tutaj wspina się na wyżyny drewniactwa. Sprzyja mu kapitalna forma fizyczna – czego nie zagra, to próbuje „dowyglądać” – ale braku charyzmy nie załata ani rozwinięta muskulatura, ani nawet basowy, szorstki głos. Kreację na pograniczu amatorstwa tworzy Claudette Mink – czyli pani Cartowski.

     Nie powinno nikogo zaskoczyć, że najwięcej do zagrania ma Billy Drago. Jego postać może i razi groteskowym zarysem, ale sam aktor pomaga efektownie wybrzmieć kiepskiemu materiałowi. Carlos jest psychotycznym i nieobliczalnym gwałcicielem, wyraźnie lubującym się w cudzym bólu, a urok oślizgłej jaszczurki – z którego znany jest Drago – dobrze współgra z wizerunkiem jego postaci. Sam film też bywa plugawy, a jego seksizm z biegiem lat wydaje się coraz bardziej niestosowny. Po przyjeździe do afrykańskiego kraju Brad mija kobietę w tradycyjnym, czarnolądowym stroju i natychmiast pyta swego towarzysza: „hej, Cody – myślisz, że kobiety noszą bieliznę pod tymi prześcieradłami?” Czy warto jednak spodziewać się jakichkolwiek pokładów dojrzałości po filmie, w którym terroryści strzelają z plastikowych, pomarańczowych karabinów, a ich mentorem jest szalony naukowiec w białym kitlu?

     „Komandosi śmierci” kończą się tandetną sceną pojednania Brada i jego Marcy: ich miłości przyklaskują żołnierze bez imion oraz żadnego znaczenia dla fabuły, całości wtóruje rzewna, soft-rockowa ballada. Wszyscy poruszają się w rytm efektu slow motion. Golan chciał wypuścić „Komandosów…” do kin, ale musiał zadowolić się wydaniem straight-to-video – była to bardzo rozsądna decyzja. Większość materiału nakręcono w Izraelu, a budżet był na tyle niski, że reżyser postanowił wmontować w film scenę samochodowego pościgu ze swego „Miasta śmierci” – powstałego dwa lata wcześniej. To ten moment, w którym Paré wsiada to taksówki stereotypowego pana z zabawnym akcentem.

3/10

DeadlyHeroes1

Reklamy

Wciąż w czołówce. [„Rambo II”, 1985]

     „Rambo II” nie jest może filmem równie mrocznym i fascynująco depresyjnym, jak jego poprzednik, ale wciąż zapisał się w annałach kinematografii. Wzorce gatunkowe przewrócili twórcy do góry nogami. Sequel niewiele ma wspólnego z sensacją o psychologicznym zabarwieniu – to kino akcji w najbardziej rutynowym znaczeniu, dziś wyraźnie podręcznikowe. Zapomnijcie o ważkich przesłaniach i moralnych perturbacjach – jest „Rambo II” filmem stricte rozrywkowym, które najlepiej spożywa się z dużym kubłem popcornu.

     Grany przez Sylvestra Stallone’a John Rambo nosi w sobie ból trawiący serca całej Ameryki – przynajmniej według scenarzystów. Po wydarzeniach z „Pierwszej krwi” były komandos trafił za kratki, do więzienia o zaostrzonym rygorze. Z kamieniołomów wyciąga go pułkownik Trautman (Richard Crenna), ale jednocześnie stawia mu ultimatum: wolność będzie nagrodą za spełnioną misję. Doskonale wytrenowany weteran ma odbić jeńców z tropikalnego obozu. Przybywa w sam środek piekła.

R2-2

     Rambo nie jest byle wojakiem, a stoickim beefcakiem z upodobaniem do masochizmu. Świetnie włada bronią wszelaką, ale jeszcze lepiej wyćwiczył w sobie umiejętność chrystusowego cierpienia. Jego piękne ciało ma pięknie tańczyć w boleściach – tak, jak mu oprawcy zagrają. Widzimy Johna podwieszonego za nadgarstki i miotanego w powietrzu – dookoła obserwują poniżanego żołnierza Wietnamczycy, dla których przesłuchanie to okazja do „zabawy”. Rosyjski kooperant (Steven Berkoff) egzaminuje zabliźnione szramy na plecach Rambo i zastanawia się, jak zgotować mu większą gehennę; dla jego pomagiera Amerykanin to kawałek mięsa. Rambo nie wycedza przez zęby żadnych odpowiedzi, krzyczy tylko raz, przez parę sekund, jakby torturowany być chciał. Rola Stallone’a jest udana, choć raczej ze strony motorycznej, kondycyjnej – nie jeśli chodzi o przekaz emocji. To występ fizyczny, wymagający siły i gracji, dlatego warto przyklasnąć sile mięśni Stallone’a, bo na pewno nie sile jego aktorskiej ekspresji. Wiadomo: John Rambo jest chodzącą karykaturą, a ludzi podobnych do niego po prostu nie ma. Superkomandos został jednak bohaterem modelowym, dla ejtisowego kina akcji wręcz reprezentatywnym. Może to brzmieć malkontencko i krótkowzrocznie, ale dziś takich bad assów już w filmach nie oglądamy.

     John uśmierca swoich przeciwników przy pomocy całego rezerwuaru niebezpiecznych zabawek: w jego dłonie wpada nawet bazooka. Finalnie wybija ponad sześćdziesięciu antagonistów. To zemsta ręki śmiertelnej! Na pewno jest „Rambo II” filmem subtelnym inaczej: mniej antywojennym niż „jedynka”, wyolbrzymionym do granic i zwyczajnie odrealnionym. Jest logiczny prawie tak bardzo, jak kreskówki z udziałem Królika Bugsa, ale przy odpowiednich chęciach tę abstrakcję też można uznać za zaletę. Chyba nikt nie oczekiwał, że Stallone i James Cameron napiszą scenariusz propokojowego, filmowego monumentu. „Rambo II” nie miał być świadectwem politycznych zawirowań, to dzieło bezmyślne, zalecane na reset mózgu. Gdyby nie kończył go rzewny monolog o połamanym przez życie żołnierzu, było jeszcze lepiej niż pozwolił na to reżyser George Cosmatos.

     Film jest prosty i grubo ciosany, ale w swym gatunku wręcz sztandarowy. To ociekający testosteronem festiwal męskości, trochę łechtającej ego głównego aktora, toksycznej – John był wzorowym patriotą według Ronalda Reagana – ale przecież na takich klasykach wychował się niejeden dzisiejszy 30-parolatek. Próby wskrzeszenia tego specyficznego stylu raczej nie wypalają, choć raz na jakiś czas na horyzoncie wciąż pokazują się nostalgiczne powroty do przeszłości („When Eagles Strike” z kulturystą Christianem Boevingiem jako milczącym żołnierzem Marines; „Second Blood” z kulturystą Abdulhadim Al-Khayatem jako szpiegiem pochodzenia arabskiego). Film wygląda świetnie i wciąż jest widowiskowy, a zawarte w nim sceny brutalności wydają się wręcz zainspirowane biblijną martyrologią. Nie każdy archaiczny akcyjniak może pochwalić się takimi walorami.

7/10

R2-1

His name is Henderson. James Henderson. [„Mordercza skuteczność”, 2016]

     Udając handlowca z branży telekomunikacji, agent CIA próbuje zapobiec przewrotowi wojskowemu w pewnym niestabilnym politycznie kraju w Europie Wschodniej (opis fabuły za Netfliksem).

     Postawmy sprawę jasno: „Mordercza skuteczność” (oryg. „Kill Ratio”) nie należy do grona wprawnie wyreżyserowanych filmów akcji. Generalnie za projekt odpowiadał niejaki Paul Tanter („Śmiałek”, „Era nieumarłych”) − i to za jego sprawą postawimy „Skuteczność” na półce z kinem klasy „C”. Jeśli jednak doszukać się w filmie jakiegoś waloru, bez wątpienia będzie nim odtwórca roli pierwszoplanowej Tom Hopper. „Kill Ratio” spoczywa na jego szerokich barkach i warto dodać, że łączą się one z bardzo muskularnymi ramionami. Ilekroć na ekranie gości nasz stereotypowy twardziel, agent James Henderson (a gości często), film odbija się od dna.

KillRatio1

     Henderson bywa irytującym, przesadnie pewnym siebie dupkiem, ale Hopper to najprawdziwszy kozak. Aktorskie umiejętności 33-letniego Brytyjczyka mogą budzić mieszane uczucia, lecz, umówmy się, w „Kill Ratio” liczą się eksplozje i strzelaniny − nie koncert zdolności dramaturgicznych. Sylwetka Hoppera jest godna pozazdroszczenia, a jego szczęka − niemal kwadratowa. Znany z serialu „Piraci” gwiazdor wie, jak operować karabinem, żeby nie było obciachu − ba, jako agent specjalny wydaje się nad wyraz wiarygodny. U jego boku zmiękłaby nawet Cynthia Rothrock. Może też zwiotczałyby jej kolana, bo natura obdarzyła Anglika obłędną prezencją. Przed kamerą Hopper płynie, ale jego ruchy są twarde, zdecydowane. Amerykański akcent w wydaniu aktora to natomiast tęskny blues, śpiewany ku czci ejtisowych herosów.

     Kiedyś mięśnie same w sobie potrafiły udźwignąć film i wynieść go na podium box-office’u. Jednak czasy się zmieniły. „Mordercza skuteczność” jest trzeciorzędnym akcyjniakiem, którego nie powstydziłby się co najwyżej Jean-Claude Van Damme w obecnej formie. Hopper odnajduje się w swojej roli dobrze, ale grono aktorów telewizyjnych − którzy towarzyszą mu w kolejnych scenach − radzi sobie gorzej. Amy Huberman kreuje postać bezpłciową, w toku następujących sekwencji akcji Hendersonowi wręcz zawadzającą. Antagoniści nie potrafią prawidłowo posługiwać się bronią palną, z czego wynika absurd sytuacyjny: jednemu z agresorów łomot spuszcza krucha panna o 1,6 m wzrostu. W finale brutalny dyktator (Nick Dunning) wyzywa agenta CIA na pojedynek. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby narzędziami walki nie okazały się… samurajskie miecze. Miejsce akcji − klaustrofobicznie ciasny, 2-gwiazdkowy hotel − co chwilę przypomina, jak bardzo niskobudżetowym projektem ma być „Mordercza skuteczność”. Sam film toczy się w Republice Autonomicznej Dnestru. Istnieje Dnestrovsc, miasto w Mołdawii, a nawet Dnietr − rzeka częściowo przepływająca przez Ukrainę − ale regionu o tak wymyślnej, jak powyższa, nazwie (w którym, nota bene, mówi się po rosyjsku) zwyczajnie nie ma…

     W rękach mądrego scenarzysty James Henderson przeistoczyłby się w bohatera à la Jack Reacher lub James Bond. Może nawet zapoczątkowały serię cenionych filmów klasy „B”. Niestety, Steven Palmer Peterson jest fabularzystą niewystarczająco przytomnym, niezdarnie żonglującym ekranowymi kliszami.

4,5/10

KillRatio2

Rambo wannabe. [„Baaghi 2”, 2018]

     Od kina z gatunku masala movie ciężko oczekiwać sensownej narracji i racjonalnie prowadzonej fabuły. „Baaghi 2” jest miszmaszem gatunków, równie kolorowym i pikantnym, jak „Jestem przy tobie” Faraka Khana i „Czasem słońce, czasem deszcz”. Nade wszystkim pozostaje produkcja z udziałem Tigera Shroffa filmem akcji, ale łączy w sobie elementy romansu i komedii, niestety niezamierzonej. Film bywa brutalny i krwawy, co warto by skontrastować humorem, chociaż element komiczny jest tu raczej wypadkową reżyserskich niedopatrzeń.

Baaghi2

     Bezwiedny humor w znacznej mierze opiera się na niedojrzałych, kliszowych dialogach. W jednej ze scen Shroff jest okładany kijami i chłostany na posterunku policji. Z oprawców się jednak śmieje, mówiąc: „To, co nazywacie torturami, dla mnie jest zwykłą rozgrzewką”. Główny bohater stanowi przykładną kopię Johna Rambo: w wielkim finale – akcję przenoszącym, nie wiedzieć czemu, z miasta do dzikiej dżungli – zakłada bojówki, przewiązuje ramię czerwoną opaską i pozbywa się tank topu, ciemiężącego jego wyrzeźbioną klatę. Być może sprawdziłby się „Baaghi 2” w latach osiemdziesiątych, ale współczesny widz wymaga od kina więcej. Ahmed Khan nakręcił film przeładowany nostalgią, garściami czerpiący z najbardziej jarmarcznych wzorców i stereotypów. Wydaje się, że sequel „Baaghi” w siedemdziesięciu procentach składa się z wielopostaciowych scen slow motion.

     Kakofonia filmu bywa kłopotliwa. Pomimo masalowej konwencji, gatunki mieszają się tu niezgrabnie. Piosenki próbują odzwierciedlać emocje bohaterów, ale bywają zbyt pretekstowe, napisano je wyłącznie dla romantycznej pożywki. Żadna z postaci nie została obdarzona ciekawą osobowością, niektóre błąkają się wręcz po planie bez celu. Nawet Ronny Tigera Shroffa wydaje się anemicznym protagonistą, którego muskulatura ma odwrócić uwagę od pustego spojrzenia i nikłej ekspresji. Na pochwałę zasługują sceny walki wręcz – zaaranżowane nawet lepiej niż numery taneczne.

     Doszlifowana choreografia i piękne lokacje zdjęciowe nie budują jednak udanego projektu. Klęska filmu – o której spokojnie można mówić – jest logiczną konsekwencją jego licznych wad. Najbardziej kardynalna z nich to nieciekawy, usłany schematyzmem scenariusz.

4/10

Baaghi2-1

Martwica

     Niemiecki Ed Wood – sir Uwe Boll – przedstawia „Masakrę żywych trupów”, znaną także jako „Zombie Massacre” lub „Apocalypse Z”. Film, wydany na fali sukcesu blockbustera „World War Z” z Bradem Pittem jako śledczym ONZ powstrzymującym pandemię zombie, nie oferuje ani masakry z udziałem łaknących krwi truposzy, ani apokalipsy.

     W produkowanym przez Bolla, a reżyserowanym przez nie wiadomo kogo filmidle nieumarli w istocie nigdy nie zginęli. Nie wypełzli z grobowców, a jedynie wyszli pod gołe niebo, by w ten sposób zostać skropionymi chemikaliami z wysadzonego w powietrze laboratorium medycyny nuklearnej i w rezultacie ewoluować w przygłupie quasi-żywy trupy. O, radosna twórczości filmów klasy „C”…

zombmass

     Niemniej, podróby zombie siejące degradację w rumuńskim miasteczku – gdzie nowomodna pracownia naukowa została postawiona – gryzą w tyłek amerykański rząd, stojący za sekretami laboratorium. Sytuację załagodzić ma czwórka kozaków: milczący były żołnierz, rozgadani i irytujący najemnicy oraz wojownicza księżniczka wraz ze swoimi dwoma buńczucznymi mieczami.

     Gwiazdą projektu jest Christian Boeving, który życiowe role odegrał w filipińskim filmie akcji „When Eagles Strike” oraz kultowym erotyku „Andromina”. Wśród aktorów uwagę zwraca też Uwe Boll, obsadzony w roli prezydenta USA. O ile zarówno Boeving jak i Boll posiadają pewne pokłady charyzmy, kadry od castingu postrzeliły się w nogę przy doborze pozostałych członków aktorskiej załogi. Tara Cardinal czy Mike Mitchell to nazwiska osób, które za swoje kreacje powinny został uhonorowane Złotą Maliną… W łeb.

     Mankamentem obrazu jest zredukowana do minimum akcja. Walki z zombie jest tu jak na lekarstwo. Na szczęście, gdy już trupy atakują, pojawiają się hordami i pokazują, na co stać wściekłego nieumarłego. Aktorzy-statyści syczą i pojękują na wyrost, lecz unicestwianie monstrów przez bohaterów wygląda rezolutnie. Choć efekty specjalnie sprawiają wrażenie, jakby stworzono je przy pomocy żelazka lub sokowirówki, chwile wartkiej akcji to także chwile szczęścia – szczęścia widza, który zadowoli się seansem tylko, jeśli nie spodziewa się po nim wiele.

     Bo w gruncie rzeczy garść sprawnych sekwencji, zabawny epizod aktorski i zapach co lepszych pozycji z katalogu wytwórni The Asylum, wypełniający półtorej godziny seansu, to za mało, by nazwać „Zombie Massacre” filmem z kategorii „so bad it’s good”. Nowy horror produkcji Uwe Bolla nie jest przyjemnie okropny, jest po prostu kulawy.

Ocena: 3,5/10

     Recenzja znajduje się także na stronie filmweb.pl, pod niniejszym odnośnikiem. Zapraszam do śledzenia swojego profilu w tym serwisie.

zombmass boeving.jpg

Bad ass protector, czyli kaskader w natarciu

     Doktor Ramsey Krago (Ron Perlman) jest wpływowym naukowcem – tyleż błyskotliwym, co i nikczemnym. W swym laboratorium mężczyzna preparuje groźne mikroorganizmy, które następnie rozprzestrzenia wśród ludzi – tylko po to, by wynajdować na nie antidotum. W ten sposób dorobił się fortuny. Podejrzanej działalności doktora ma się przyjrzeć Ken Conway (Matt McColm), niegdyś elitarny komandos, a obecnie wolny strzelec. Były żołnierz zostaje zainfekowany śmiercionośnym wirusem. Jeśli nie uda mu się pokonać szaleńca, ucierpi jednak nie tylko on – Krago stanowi bowiem zagrożenie dla całej ludzkości.

     „Obrońca”, alternatywnie znany polskim widzom jako „Niszczyciel”, równie dobrze mógłby nosić tytuł „Kaskader”. Kaskaderstwem parał się zarówno reżyser filmu Jack Gill, jak i odtwórca roli przodującej, dawno (i niesłusznie) zapomniany Matt McColm. O ile Gilla upadki z dużych wysokości sprawności reżyserskiej raczej nie nauczyły, o tyle McColm wykonując zadania kaskadera nabrał obycia i doświadczenia przydatnego na planie filmu akcji. Jego Ken Conway, nawet nosząc picusiowate imię, pozostaje wiarygodnym kinowym twardzielem: do perfekcji opanował sztuki walki, jest muskularny, posiada magnetyzm i charyzmę, szaleją za nim ekranowe towarzyszki – nie tylko bohaterki pierwszo- i drugoplanowe, ale też, co widać, odgrywające je aktorki.

protector1

     Poza McColmem żaden z członków obsady nie tworzy jednak imponującej kreacji. Perlman odgrywa postać cierpiącą na chroniczny brak osobowości. Jego bohater cechy antagonisty nosi tylko w domniemaniu widza, przez co Conwayowi nigdy nie jest dane stanąć twarzą w twarz z prawdziwym sukinsynem. Clint Howard, księgowy Kena, informujący go o problemach finansowych, w kadrze gości właściwie bez powodu, jest zbędny zupełnie tak samo jak John Rhys-Davies, który występuje w bezbarwnej roli cameo. Wisienką na tym aktorskim zakalcu ma być eks-modelka Carol Alt, piękność bez wyrazu.

     Choć raczej prowizoryczny fabularnie (luki w scenariuszu na przemian łatają golizna, przemoc i głupi humor), „Obrońca” spisany został przez aż cztery „tęgie” łby. Jeden z nich należał do samego Jacka Gilla, który reżyserowanemu projektowi nadał charakter pełnometrażowego showreela, mającego pokazać, że niegdysiejszy kaskader jest w stanie udźwignąć ciężar odpowiedzialności za całokształt filmu sensacyjnego. I choć „The Protector” z dobrej próby reżyserią nie ma nic wspólnego, nadal jest obrazem wartym polecenia – tytułowy obrońca to kawał bad assa, podobnie jak obsadzony w roli głównej Matt McColm.

Ocena: 5,5/10

     Recenzja znajduje się także na stronie filmweb.pl, pod niniejszym odnośnikiem. Zapraszam do śledzenia swojego profilu w tym serwisie.

protector2

Blady anioł

     „Mroczny anioł” Craiga R. Baxleya, choć wydany został w styczniu 1990, jest dzieckiem poprzedzającej ten rok dekady. Obraz do złudzenia przypomina radosną twórczość reżyserów szlagierowych exploitation movies. Wiele wspólnego ma także z gorącymi pozycjami nurtu „człowiek kontra maszyna” („Terminator”, „RoboCop”), nawet jeśli żaden z filmowych antybohaterów nie jest androidem. Solidne nazwisko, klasyczne wzorce, złoty wiek kina klasy „B”. „Dark Angel” (czy też „I Come in Peace”) śmierdział sukcesem. Dlaczego się nim nie okazał?

     Historia pościgu Dolpha Lundgrena za handlarzami narkotykowymi z obcej planety ma swoje mocne strony – uwierzcie lub nie. Na poklask zasługuje poczucie humoru scenarzysty. Pomimo raczej ponurej tematyki, „Mroczny anioł” dysponuje serią udanych gagów i dowcipnych one-linerów. Prym wiedzie tu scena, w której partner potężnego Szweda – detektyw-ważniak – dowiaduje się, że jak ulał pasują na niego ubrania po dwunastoletnim Lundgrenie. Craig Baxley, twórca „Szalonego Jacksona”, też wie, jak zapracować na pochwałę widza: dba o symetrię przestrzeni kadrowej i choreografię aktorów, zezwala na bystre operatorskie metafory, w filmie sensacyjnym nikomu – zdawałoby się – niepotrzebne. Jego talent bywa, co przykre, chwiejny, a praca reżyserska – nierówna, zupełnie jak sam film.

dangel1

     O tym, że „Mroczny anioł” to chybotliwa powierzchnia, przekonał się Dolph Lundgren, któremu nie udało się stworzyć mocnej kreacji aktorskiej. Detektyw Jack Caine to postać o silnych ramionach, lecz niezbyt tęgiej osobowości. Lundgren, zdolny i niedoceniony aktorzyna, zasługuje na więcej niż zazwyczaj dostaje. Od dyrektora castingowego „Mrocznego anioła” otrzymał angaż do sztampowej roli przerośniętego troglodyty, który bardziej niż jak człowiek z krwi i kości jawi się jako wytarta ekranowa klisza. W jednym z wywiadów Lundgren uznał Caine’a za postać rozbudowaną i targaną namiętnościami. Ja widzę w nim jedynie embrion bohatera filmowego.

     „Dark Angel” – chłodno przyjęty zarówno przez krytyków, jak i odbiorców kinowych – okazał się niewypałem, bo nie spełnił niczyich oczekiwań. Czerpiąc tak naprawdę z wszystkiego, co dobre w kinie lat 80., zamknął tę erę jako jeden z jej pierwszych, przedwczesnych imitatorów, jako rip-off „Terminatora” czy „Najeźdźców z Marsa” – niewystarczająco widowiskowy, wypruty z emocji. Obraz Baxleya włada pewnym urokiem, tyleż tanim co i przyjemnym, nie budzi jednak szczególnego poruszenia; jako miks filmu akcji i horroru science-fiction wypada raczej blado.

Ocena: 5/10

     Recenzja znajduje się także na stronie filmweb.pl, pod niniejszym odnośnikiem. Zapraszam do śledzenia swojego profilu w tym serwisie.

dangel2